30 kwietnia, 2020

Zapach deszczu

Dziś w nocy obudziło mnie ciche stukanie deszczu o parapet. W końcu! Gdy wyszłam rano z domu, w nozdrza od razu uderzył mnie świeży zapach geosminy (substancji wydzielanej przez zamieszkujące glebę bakterie). Słońce leniwie przebijało się przez cienką warstwę chmur, a ja od razu skierowałam się nad rzekę, rozpoczynając swój 10-kilometrowy bieg.

Woda w butach

W drodze nad rzekę mijałam niewielkich rozmiarów kałuże – chyba pierwsze widziane tej wiosny. Miałam ochotę po nich skakać z dziecięcą radością, ale opamiętałam się, wiedząc, że ptaki z chęcią się z nich napiją i umyją zakurzone pióra.

Ledwie wbiegłam na ścieżkę, a już zboczyłam zroszone deszczem i poranną rosą chaszcze. Czułam jak woda ze źdźbeł powoli wsiąka mi w buty i wcale nie było mi z tym źle. Tuż przy tafli wody przeleciał zimorodek, pięknie mieniąc się i błyszcząc na niebiesko w niskich promieniach słońca. Obwieszczał swoją obecność krótkimi, przerywanymi dźwiękami, które niosły się daleko po rzece.

Pod stopami mijałam labirynt ślimaków – mniejszych i większych – starając się, by ich nie zdeptać (udało się, wszystkie wyszły z naszego spotkania bez szwanku). Gdy przeniosłam na chwilę wzrok ze ścieżki, ujrzałam dwie przyglądające mi się sarny, które po chwili namysłu uciekły w stronę zagajnika.

Ślimak winniczek dostojnie kroczący nad rzeką

Wśród zimorodków

Przez 2,5 km (bo tyle biegłam wzdłuż rzeki) zimorodki przelatywały kilkukrotnie nad rzeką. Raz jeden z nich śmignął mi tuż koło ucha! Myślałam, że zejdę na zawał. Takiego zbliżenia z tymi płochliwymi ptakami się nie spodziewałam! Usłyszałam tylko świst, zobaczyłam niebiesko-rudy błysk, a zimorodek już znikał mi z oczu i pędził, by załatwiać swoje sprawy.

Jak zwykle nie chciało mi się odbijać od rzeki, a do tego czekał mnie dość spory podbieg do świata asfaltu (na szczęście nie na długo).

Niespodziewany jegomość

Po kilkuset metrach asfaltowej drogi znów wbiegłam w krzaczyska, jednak już nie tak bujne jak kiedyś, a przerzedzone ludzką ręką i upstrzone gdzieniegdzie śmieciami (już od dawna chodzi mi po głowie zakup takich łapek do zbierania śmieci i wybranie się na spacer z workami w polowaniu na „leśne skarby”).

Przede mną znowu asfalt, tym razem przez wieś. Biegnę, rozglądam się, wsłuchuję w śpiew polnych ptaków (tak bardzo chciałabym móc je poznawać po głosie, bo śmigają mi zbyt szybko przed oczami, żebym mogła powiedzieć, co to za gatunek!).

Nagle na dachu jednego z domów widzę jakiś kształt. Podbiegam bliżej, a to bocian we własnej osobie! Stał majestatycznie na jednej nodze i wyginał się niebywale, czyszcząc swoje zmoczone deszczem pióra. Cóż to był za widok!

Strażnik opuszczonego domostwa

Powrót lasem

W lesie coraz zieleniej

Spotykając sarnę przecinającą ulicę i wchodzącą w kwitnące na biało krzewy, skręciłam w las. Ścieżka edukacyjna dla dzieci z pobliskiej szkoły, a na niej (na ścieżce oczywiście, nie na szkole) tona śmieci, w tym wiszące na drzewach opakowania po czteropakach i inne znaleziska.

Przede mną wyrasta podbieg. Mimo, że biegnę w całkiem przyzwoitym tempie od samego początku, spinam się i rozwijam prędkość prawie do granic swoich możliwości. Cisnę pod górę, sapiąc jak zmachany żubr (nie wiem, czy żubry sapią, gdy się zmęczą, ale wtedy tak sobie to właśnie wyobrażałam). Rekord pobity. Przedostatni kilometr kapkę zwolniłam, podziwiając leśne refleksy, ale na ostatnim przyspieszyłam na myśl o pysznej jajecznicy na pieczarkach z cebulką – nie ma lepszej nagrody za wysiłek!

Wylegujące się butelczyny szpecą nadrzeczne zakamarki
Tu właśnie zimorodek świsnął mi koło ucha
Jutro tu wracam!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *