12 czerwca, 2020

Z powrotem w biegowych butach

Po kontuzji nie ma już ani śladu. Poszła precz i lepiej niech już nie wraca! Pewnie ciekawi Was, jak się z nią rozprawiłam? Od razu zaznaczę, że nie było to nic poważnego, stopy mi nie urwało i mogłam normalnie funkcjonować (co prawda kuśtykając niczym Kapitan Hak). Mając za sobą już niejeden uraz, wiedziałam, że nie wymaga to wizyty u fizjoterapeuty i spróbowałam samodzielnie stawić czoła bolącej stopie biegacza.

Po pierwsze masowanie. Masowałam i masowałam aż palce u rąk były białe i bolały (na masażystę to się nie nadaję). Po drugie ćwiczenia wzmacniające – wspinanie na palce, przywodzenie palców do siebie i odwodzenie (tu sprawdza się taśma do ćwiczeń). Po trzecie rolowanie piłeczką. Nawet, jeśli nie biegacie, Wasze nogi to docenią! Skorzystałam również z bardzo mądrej książki (Gotowy do biegu Kelly’ego Starretta), w której Kelly pokazuje, jak można zdziałać cuda za pomocą piłeczki oraz taśmy.

Wracanie do formy pod czujnym okiem trenera

I dzięki tym wszystkim zabiegom (oraz maści przeciwbólowej, którą stosowałam przez trzy dni) już po tygodniu wskoczyłam w biegowe buty bez cienia bólu.

Powrót na leśne ścieżki

Moje pierwsze biegi były dość krótkie i szybkie – im wolniejszy bieg, tym większe prawdopodobieństwo urazu. Wybierałam też płaskie asfaltowe podłoże, żeby dodatkowo nie obciążać stopy psychicznie (że się wykręci albo co). Ale wczoraj nogi poniosły mnie prosto do lasu.

Mimo że było wcześnie rano, powietrze było tak gęste, że można je było przecinać nożem. Po całonocnej ulewie wszystko parowało, a drobinki wody nie szczędziły mnie ani trochę i obsiadły każdy skrawek mojego ciała. Mój długi, sięgający prawie do pasa warkocz (który zresztą miałam ściąć na zacny cel, ale korona pokrzyżowała plany i teraz noszę ten swój krzyż) przyklejał się raz do prawego, raz do lewego ramienia.

Kolorowe ślimaki, czyli wstężyk gajowy (podobno zliczono kilkadziesiąt odmian barwnych!)

Zanim dotarłam do lasu, musiałam pokonać 2 km po ulicy, na której maleńkie ślimaki (chyba we wszystkich kolorach świata) urządziły sobie piknik. Niezdeptanie ich graniczyło z cudem, ale jakoś udało mi się wymanewrować i dobiec do kamienistej drogi, na której już ich nie było. A w lesie kolejna niespodzianka. Gałęzie drzew utworzyły istny labirynt, chyląc się pod ciężarem deszczowych kropli niemal do ziemi, więc biegnąc, musiałam schylać się co chwilę, żeby nie skończyć z kupą mokrych liści na twarzy.

Pochylające się gałęzie dębu

Jednak dla oka to było niesamowite przeżycie. Cudowna soczysta zieloność. Dosłownie wszędzie. Po deszczu kolory jakby się bardziej wyostrzyły, wyróżniając się na tle stalowoszarego nieba. Z jednej strony nie chciało się jeszcze wracać do domu, ale z drugiej marzyłam o śniadaniu i odświeżającym prysznicu, bo duchota była naprawdę ciężka do zniesienia.

Leśne kałuże
W powietrzu wisiała burza, ale nic z tego, wszystko przeszło bokiem
A na koniec, tuż pod samym domem na szarym niebie odsłonił się skrawek błękitu

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *