27 kwietnia, 2020

Wielki powrót

Po ponad miesiącu zamknięcia Kampinosu wrota do lasu otworzyły się ponownie. Koronawirus nadal zbiera swoje żniwo, ale podobno przebywanie w lesie (i to bez maseczki) już nie stwarza zagrożenia… Jednak nie zamierzam się na tym skupiać. Dla mnie najważniejsze jest to, że wraz z nadejściem ostatniej niedzieli kwietnia mogłam znowu dać się zaczarować kampinoskim szlakom.

Sobotni wypiek

Skoro długie wybieganie w niedzielę, to trzeba było w sobotę upiec niedzielne śniadanie. Padło znowu na bułeczki cynamonowe, ale tym razem z innym nadzieniem – dżem z pomarańczy z kakao (dżem kupiłam z myślą, że będzie pyszny, okazało się, że był gorzki, a konkretniej skórki pomarańczy). Po oficjalnym testowaniu sobotnim wieczorem stwierdziłam, że bułeczki nadają się do niedzielnej konsumpcji.

Pobudka

W niedzielę rano wstałam podekscytowana i od razu zaczęłam się pakować – bułeczki (wiadomo!), suszone morele, kawa w termosie, woda, izotonik. Z takim ekwipunkiem niestraszny mi żaden dystans, choć na dziś zaplanowałam tylko 12 km.

Walka z piachem

Po wyjściu z samochodu i krótkiej rozgrzewce, udałam się na ścieżkę. Już pierwsze kroki sprawiły mi trudność. Niebieski szlak zamienił się w pustynię. Bezlitosna susza wdziera się wszędzie – bagna wysychają, lasy płoną, nawet nad moją rzeką po przejściu kilku metrów do butów przedostaje się wszędobylski pył, a stopy po powrocie do domu są czarne. Po biegu w Kampinosie były jeszcze czarniejsze.

Po oswojeniu się z myślą piaszczystej ścieżki, zatraciłam się całkowicie w leśnym krajobrazie. Nie było mnie tu miesiąc, a wydaje się jakby minęło z pół roku. Drzewa liściaste i podszyt zazieleniły się szaleńczo, dostarczając niesamowitych wrażeń. Soczyście zielone liście migotały na delikatnym wietrze, prezentując swoje wdzięki w promieniach porannego słońca. Po dość szerokiej ścieżce na niebieskim szlaku, skręciłam na szlak czerwony. Tu dopiero czekała na mnie niespodzianka.

Aromatyczne czeremchy

Już zbiegając do rozwidlenia szlaków, widziałam plamy białych kwiatów. Jednak dopiero gdy się do nich zbliżyłam, w nozdrza uderzył mnie intensywny, słodki zapach. Czeremcha! I jeszcze jedna! I kolejna! Praktycznie cały pokonany przeze mnie odcinek czerwonego szlaku jest nimi upstrzony.

Czeremcha

Ale to nie wszystko. Gdy już uspokoiłam się po czeremchowym szoku, spojrzałam pod stopy (nie wiem, jak wcześniej udało mi się biec i nie przewrócić o wystające konary), a tam kwitnące fiołki, zawilce i rozwijające się konwalie, porastające całe zbocza. Na pewno muszę tu wrócić, gdy już się zabielą.

Fiołek leśny
Zawilec gajowy
Gwiazdnica błotna rosła w cieniu dębu Kobendzy

Powrót na pustynię

Czerwony szlak, mimo że jest najbardziej pagórkowaty, miał najbardziej zbite podłoże. Jednak po kilku kilometrach skończył się i skręciłam na szlak żółty, który okazał się jeszcze bardziej piaszczysty niż niebieski. Zacisnęłam zęby i jakoś pokonałam te ostatnie 3 km. Bieg był dość męczący, choć nie biegłam za szybko. Na szczęście przepiękna przyroda i cynamonowe bułeczki wynagrodziły mi wszystkie męki.

Czerwony szlak

Komentarze

2 thoughts on “Wielki powrót

    1. Ach, to miód na moją duszę 🙂 Może kiedyś uda nam się wybrać na wspólny bieg, a potem będziemy się zajadać bułeczkami z masłem orzechowym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *