15 czerwca, 2020

Weekend obfitości

Przez cały tydzień z niecierpliwością czekałam na nadejście sobotniego poranka. Po kwadransie z jogą, wypoceniu 90 kalorii na skakance i pysznym truskawkowym śniadaniu wybrałyśmy się z Mają na rowerowy podbój Kampinosu.

Obrałyśmy tę samą (najkrótszą) trasę do puszczy co tydzień temu, a potem zatraciłyśmy się całkowicie w różnorodności leśnych ścieżek.

Kampinos z perspektywy mieszczucha

Moja niebieska miejska kobyła (tym razem z wyregulowanym łańcuchem) radziła sobie całkiem nieźle. Łańcuch szczękał wesoło na wyboistych drogach, słońce spiekało ramiona, ale upał wcale zbytnio nie doskwierał dzięki orzeźwiającym podmuchom wiatru.

Dotarłyśmy do góry św. Teresy i tym razem skręciłyśmy na zielony szlak i pognałyśmy, ile sił w nogach prosto do Dębu Powstańców, który już miałam okazję poznać podczas mojej poprzedniej wyprawy. Zanim jednak naszym oczom ukazał się rozłożysty dąb, trzeba było pokonać dwa spore podjazdy – i tutaj moja uparta kobyła stwierdziła, że nie będzie się trudzić, zrzuciła łańcuch i kazała się wprowadzać. Maja już dawno zniknęła za wzniesieniem, a ja stękałam i prowadziłam 18,5-kilogramowy rower.

Po trudach prowadzenia kobyły chwila odpoczynku i podziwiania bezkresu

Po krótkiej przerwie, 4 kilometry dalej, wjechałyśmy na żółty szlak. Nasze głodne brzuchy prowadziły dialog (co chwilę dało się słyszeć głośne „iooooaaaauu”). Po przekroczeniu kanału Łasica usiadłyśmy na powalonym drzewie i wsunęłyśmy kanapki (tradycyjnie w towarzystwie jajka na twardo i pomidora malinowego) z prędkością światła i ruszyłyśmy prosto przed siebie.

Rumaki odpoczywają po 30 km tułaczki

Niebieski szlak do parkingu żółtego był przyjemny i nogi mogły choć na chwilę odpocząć. Jednak za parkingiem rozpościerała się istna pustynia. Co rusz nasze rowery zakopywały się, a buty zapełniały piachem i pyłem. Z niebieskiego szlaku zrobił się zielony, a przed nami sympatyczne Białe Góry Śladowskie. Miejska kobyła o błękitnej krwi jak zwykle pokazywała swoje humory – nie było łatwo. Jednak dla tak pięknych widoków pokonałabym te przeklęte góry jeszcze raz!

Zielony szlak prowadzący do Białych Gór Śladowskich

W końcu asfalt. Gdyby nie był taki gorący to przysięgam, że zeszłabym z roweru i zaczęła go całować. W końcu można było rozwinąć zawrotną prędkość 25 km/godzinę i pognać na Brochów do lokalnego sklepu z zimnym piwem (0% oczywiście, bo po % w pełnym słońcu powrót do domu mógłby się znacznie wydłużyć) i struclą z wiśniami! Konsumpcja odbyła się na nadbzurzańskim moście – strucla zniknęła jeszcze szybciej niż kanapki w Kampinosie.

Bzura skąpana w słońcu

Od domu dzieliło nas całe 14 km, które dłużyło się niesamowicie. Ból pleców i wiadomo czego był tak niemiłosierny, że wołałyśmy w niebiosa, żeby już się ta męka skończyła. Przejechanie 70 km (z czego połowa trasy przez kampinoskie szlaki) na rowerze miejskim to nie lada wyczyn. Ale co to dla mnie! W niedzielę rano ruszyłam na 10-kilometrowy bieg.

Niedzielne wybieganie

Po sobotniej wyprawie nie byłam w stanie wstać tak wcześnie, jak zwykle. Na szczęście (tylko i wyłącznie biegowe) poranek nie był upalny, co nie zmienia faktu, że po pierwszym kilometrze już się we mnie gotowało, a policzki zlewały się z kolorem polnych maków.

Wszędzie pusto i cicho

Jak ja kocham te ciche niedziele! Pomimo że biegłam asfaltowymi drogami (w tym kawałek wzdłuż obwodnicy), samochodów nie było prawie w ogóle. Oczy cieszyły się widokiem chabrów i maków rosnących pośród kołyszących się na wietrze zbóż. Niebieściutkie niebo poprzetykane białymi baranami wyglądało jak z obrazka.

Maki wdzięczą się i co rusz odrywają mnie od biegu

Nogi rześko się nie czuły, ale jakoś niosły w równym tempie mój zmęczony korpus. Na koniec jeszcze przyspieszyłam i ostatnie dwa kilometry pokonałam w prędkości światła. No żyć, nie umierać. Dopiero po śniadaniu (z pysznymi nowalijkami z własnego ogródka) zdałam sobie sprawę, że jestem trochę zmęczona.

A w poniedziałkowy poranek stwierdziłam, że chyba jednak przesadziłam w ten weekend. Dziś dzień nicnierobienia (w kwestii ruchowej oczywiście) – jedyny dystans, jaki mogę pokonać, to z biurka do lodówki i z powrotem.

Kobyła stoi i patrzy
Spotkany w Kampinosie zaskroniec
Pióro dzięciołka

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *