11 maja, 2020

Urodzinowe wybieganie

Niedziela – dzień, którego zawsze wyczekuję z utęsknieniem – w końcu nadeszła. Była to jednak niedziela jeszcze bardziej wyjątkowa niż wszystkie dotychczas. Wspólnie z Mają pojechałyśmy świętować jej urodziny pośród starych dębów i sosen Kampinoskiego Parku Narodowego.

Sobotni wypiek…

… tradycyjnie musi być! Tym razem do piekarnika wjechały owoce leśne (póki co mrożone, ale już nie mogę doczekać się tych świeżutkich) wymieszane ze słodką miksturą z syropu klonowego, skrobi i cynamonu, posypane apetyczną kruszonką z mąki kokosowej, płatków owsianych, syropu klonowego i mieszanki masła z olejem kokosowym. Co za obłęd wjechał na blat po 30 minutach pieczenia! Pachniało w całym domu.

Owocowy szał z owsianą kruszonką

Niedzielne przygotowania

Jak tylko wstałam, od razu zabrałam się za ubijanie śmietany. Wiadomo, że owocowy wypiek najlepiej smakuje z bitą śmietaną, a po długim biegu można przygarnąć trochę kalorii i to bez poczucia winy.

Śmietana znalazła swoje miejsce w turystycznej lodówce, a gorąca kawa wylądowała w termosie. Z takim orężem można ruszać i podbijać cały świat.

Na nowym szlaku

Poranek zaczął się idealnie. W drodze do Kampinosu spotkałyśmy łosia. Czaił się na skraju lasu, chowając się za drzewami, które zlewały się z kolorem jego sierści. Gdy zatrzymałyśmy samochód, łoś bez większego wzruszenia rozglądał się i kręcił powoli głową, podczas gdy ja dostawałam prawie zawału.

Spotkanie z łosiem

Po półgodzinnej podróży docieramy na miejsce. Rano wydawało się dość chłodno, więc mam na sobie długi rękaw, czego bardzo żałuję już po pierwszym kilometrze. Niebieski szlak zaczyna się niewinnie ubitą drogą z polami po jednej stronie i lasem po drugiej. Po chwili jednak skręca ostro w prawo na piaszczysty podbieg. Puls szaleje.

Na nowym odcinku szlaku jest wspaniale. Przeszywa mnie dreszczyk emocji. Ptasie śpiewy docierają do mnie z każdej strony. Maja już dawno zniknęła mi z horyzontu, a ja zatrzymuję się, by nagrać odgłosy lasu i zrobić kilka zdjęć.

Po 2 km niebieski szlak łączy się z czerwonym na jeden kilometr, a po kolejnym kilometrze czerwony przeplata się z żółtym i znajduję się na dobrze mi znanym rozwidleniu w mojej ulubionej części puszczy (która wcale mi się jeszcze nie znudziła).

Skok na żółty szlak

Mimo że w planach miałam czerwony szlak, postanowiłam na chwilę zmienić trasę i sprawdzić początek żółtego szlaku. Po lewej stronie roztaczały się wysokie trawy ze lśniącymi w słońcu źdźbłami. Teren wyglądał, jakby zwykle był podmokły, jednak teraz był zupełnie suchy. Po kilkuset metrach stwierdziłam, że żółty szlak też może być ciekawy i na pewno zatracę się w nim przy kolejnych biegowych wycieczkach.

W poszukiwaniu kwitnących konwalii

Zawróciłam i po kilku minutach znalazłam się znów na czerwonym szlaku. Czeremchy już prawie przekwitły, za to kwiaty dzikiej jabłoni dziarsko się prężyły. Na ścieżce co chwilę widziałam ślady kopyt, więc rozglądałam się na boki, wypatrując saren i jeleni. Tuż przed nosem przeleciał mi dzięcioł duży. W koronach drzew śpiewały dwa małe ptaki (jeszcze nie udało mi się ich zidentyfikować), w tle kukała kukułka.

Leśne ślady

Biegnę dalej. Zaczynają się konwalie. Dziady nie chcą kwitnąć. U mnie w ogrodzie już od tygodnia konwaliowe eldorado, a w Kampinosie tylko pojedyncze białe dzwoneczki. Jednak docierające do runa promienie słoneczne wynagradzają brak kwiatów i bajecznie podświetlają zielone liście i łodygi rosnących po obu stronach ścieżki konwalii.

Konwaliowy szlak

Na 8 kilometrze mijam Maję. Wariacina już zawraca (zanim udało mi się zrobić jej zdjęcie, znowu zaczęła w zabójczym tempie znikać mi z oczu, jak żyć?). Dobiegłam do Dębu Kobendzy, zatrzymałam trening chyba po raz setny, rozczulonym wzrokiem omiotłam jego grube gałęzie i również zawróciłam.

Pędząca Maja

Siódme poty

Miałam wrażenie, że temperatura z każdą minutą wzrasta. Pot zalewał mi czoło, w ustach czułam słoność. Czerwony szlak nie dawał chwili wytchnienia swoimi wzniesieniami. Po piaszczystym żółtym wołałam już w niebiosa (w myślach oczywiście, bo w lesie zawsze zachowujemy ciszę). Gdy dotarłam do niebieskiego, modliłam się, żeby już się skończył. Lejący się z nieba skwar wyzuł mnie całkowicie z energii. Ostatkiem sił pokonałam kilkadziesiąt kroków dzielących mnie od samochodu i wyczekującej, winszującej mi Mai.

Udało się. 13,5 km po leśnych wzniesieniach za mną. Teraz czas na urodzinowe ciasto i tonę bitej śmietany. Sto lat, Maju!

Urodzinowy piknik
Ciasto znika w zawrotnym tempie
Żarnowiec miotlasty chętnie zjadany przez sarny
Zadowolony Fizek
Dąb Kobendzy
Leśny skrzat przydrożny

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *