22 czerwca, 2020

Uciekające rowerzystki

Ostatnio przez pogodę i nadmiar pracy najchętniej leżałabym do góry brzuchem, a już na pewno nie biegała. Tropikalna wilgoć sprawia, że gdy biegnę, czuję jakbym poruszała się jak mucha w smole. Za to rower to zupełnie inna bajka. Na rowerze zawsze wieje orzeźwiający wiaterek i jest jakoś lżej. No chyba że z nieba leje się deszcz.

W sobotę (zwykle dzień odpoczynku) miałyśmy wybrać się na casualowe 20 km po okolicy. Jednak po ostatnich dalekich wyprawach czułyśmy jakiś niedosyt – co to jest 20 km?! No dobra, niech będzie 30. A po 30 nadal było jakoś mało i docisnęłyśmy do 40. 40 km ucieczki przed wielkimi, ciężkimi, szybko sunącymi po niebie chmurami we wszystkich odcieniach szarości.

Schronienie w Top Markecie

Mniej więcej na 20 kilometrze, po kilku udanych unikach deszczowych zbliżeń, stwierdziłyśmy, że tego nie uda nam się przeżyć w suchości. Na nasze wielkie szczęście po drodze mijałyśmy świeżutko postawiony wiejski market. Gdy tylko wjechałyśmy pod topmarketowy daszek, z chmur zaczęła lać się woda. Rynny nie wytrzymały i deszcz sikał jak z węża ogrodowego tuż pod nasze nogi.

Początek oberwania chmury

Jak na wiejskie warunki przystało, zasłoniłam siodełko jednorazową reklamówką wyjętą z czeluści mojego plecaka, bo niestety połowa mojej kobyły wystawała poza zadaszenie. Stoimy, patrzymy, a na parkingu zaczyna wzbierać woda. Nic innego nam nie pozostało, jak wejść do sklepu i kupić coś na ząb. Pani przy kasie zachwalała jagodzianki i słodkie bułki z makiem. No i jak tu się oprzeć?

Po krótkich zakupach wypełzłyśmy na zewnątrz. Ulewa ustała, chociaż z oddali dało się słychać grzmoty. Wtem trrrrach. W sklepie wysiadł prąd. Co za szczęście w nieszczęściu (znowu!), że udało nam się zapłacić za nasze smakołyki.

Wsiadłyśmy na rowery i pognałyśmy przed siebie, mijając ogromne, nowo powstałe uliczne sadzawki. Jasny grom przeszył nagle niebo, ja się wydzieram, a Maja rechocze ze mnie jak żaba. Na szczęście (to słowo zdecydowanie dziś wygrywa) jechałyśmy wśród zabudowań, więc nie byłyśmy najwyższymi punktami, w które ten grom miałby strzelić.

Schronienie w wiejskiej altanie

Chmury nieustannie się kotłowały. Wiedziałyśmy, że przed nami kolejne lanie wody. Trzeba uciekać! I tu znowu na ratunek przyszły nam nowe wiejskie udogodnienia – na placu zabaw wybudowano zadaszoną altanę z ławkami i stołami. Miejsce jak znalazł na pożarcie topmarketowych zdobyczy. Pani przy kasie nie myliła się, jagodzianka i bułka z makiem były naprawdę przednie! I tak, zajadając się aż uszy nam się trzęsły, podziwiałyśmy chmurzasty pokaz na niebie.

Kłębiące się chmury zjadają błękit jak Pac-Man
Nieustannie zmieniający się podniebny krajobraz

Przez kałuże

Do domu wracałyśmy przez polne ścieżki, więc nasze buty już po kilku metrach były całkowicie przemoczone. Rowerowe koła zapadały się w błoto, ale my parłyśmy dzielnie naprzód. Po wydostaniu się na asfalt, moim oczom ukazały się piękne, wielkie kałuże. Rozpędzałam się co sił w nogach i wjeżdżałam w nie z impetem, rozbryzgując wodę na boki. Cóż to była za frajda! A rower jaki czysty.

Przemierzając mokrość traw

Niedzielne wybieganie

Moje długie wybiegania w sumie jeszcze nie są długie. W niedzielę wybrałam się na 11 km – oszczędzam jeszcze swoją stopę i powoli wracam do większego kilometrażu. Dzień od rana był zachmurzony, choć słońce próbowało przebić się przez grubą warstwę chmur. Wszędzie widoczne były skutki sobotnich burz i ulew. Na skraju lasu wyrwana brzoza z korzeniami i ułamana sosnowa gałąź sporych rozmiarów. Zboża leżały na boku jak przydrożny pijaczek, który po długiej walce w końcu poddał się grawitacji.

Skutki sobotnich nawałnic

Przelatujące tuż nad głową szczygły i zięby dodawały mi siły, gdy gęste powietrze z każdym kolejnym krokiem wysysało ze mnie energię. Pomimo trudnych warunków udało mi się pokonać całą trasę w miarę w równym tempie (średnia 6:27). I niestety, prognozy wskazują, że najbliższe dni mają być takie same, więc ciężki los biegacza. Jak upały i susze –źle. Jak tropikalna wilgoć i ulewy – źle. Jak żyć?!

Trzeci kilometr prowadził przez las, gdzie co chwilę musiałam schylać się przed obciążonymi deszczem gałęziami – zabruździł mi moje piękne tempo!
Już kwitnie dziurawiec – można zbierać i suszyć!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *