1 czerwca, 2020

Rowerowa niedziela

Jak na każdego biegacza przystało, nawet takiego amatora jak ja, prędzej czy później na scenę wchodzi kontuzja. Najpierw zakrada się nieśmiało, więc ją olewamy i biegamy dalej, myśląc sobie, że zaraz przejdzie. Potem daje się we znaki coraz bardziej, więc zaciskamy zęby, masujemy, ćwiczymy bolące miejsce i biegamy dalej, aby w końcu pewnego dnia dać jej za wygraną.

Boląca stopa zaczęła się od zmiany butów z niższym dropem. Mimo stopniowego wprowadzania nowych butów nie udało mi się uniknąć parszywej kontuzji (ale nie będę Was zanudzać swoimi stopami) i dziś siedzę z zakwasami po rowerze.

Jak niedziela to Kampinos

Niedziela to mój ulubiony dzień, którego zawsze wyczekuję z niecierpliwością. Dziś wyjątkowo do bagażnika pakuję rower. W planach trasa 30 km z Famułek Królewskich czerwonym szlakiem, potem żółtym, zielonym i powrót asfaltem z Famułek Brochowskich.

Niedzielna trasa Famułki Królewskie – Demboskie Góry – Granica – Famułki Brochowskie

Po deszczowej i chłodnej sobocie niedziela zapowiadała się podobnie. Ciężkie, siwe chmury kłębiły się na niebie, zasłaniając z trudem przebijające się przez nie słońce. Wiał lekki wiaterek, ale było całkiem przyjemnie i ciepło (choć jak zwykle przyodziałam barchany, obawiając się, że będzie jednak zimno).

Po spotkaniu z okolicznymi pieskami i przekupieniu ich kocimi smakołykami, wsiadłam na rower i ruszyłam w moją ukochaną puszczę.

Kampinoski piesek przekupiony smakołykami

Czerwony szlak

Po 500 metrach już schodziłam z roweru, żeby zrobić zdjęcia leśnym ścieżkom. A dzięki temu, że nie biegłam, mogłam wziąć aparat zamiast wpychać telefon w kieszeń biegowej kamizelki. Po kilku takich przystankach stwierdziłam, że zatrzymuję się tylko wtedy, kiedy widok naprawdę jest niesamowity, bo wycieczka rowerowa zamiast 2 godzin, będzie trwała 20 (a Kampinos taki piękny na każdym kroku, jak żyć?).

Po około 6,5 kilometra zaczęło się – King of the Górki. Nieważne, czy biegnę, czy jadę na rowerze, te wzniesienia to istna tortura! Zacisnęłam zęby i napierałam pod te góry w żółwim tempie. Nogi paliły jak szalone. Zapach konwalii ukoił mą zziajaną duszę i nim się obejrzałam, dotarłam do skrzyżowania.

Żółty szlak

Żółty szlak był jak marzenie – zupełnie płaski teren był jak zimny okład na palące uda. Wkrótce leśna ścieżka zmieniła się w porośniętą trawą drożynę, na której wylegiwały się zaskrońce, więc zwolniłam tempa i lawirowałam między nimi jak wiejski pijaczek wracający z zapasem nektaru z lokalnego sklepu.

Dotarłam do drewnianej kładki na kanale Łasica – było cudownie ciepło, ptaki wyśpiewywały swoje arie, słońce odbijało się od tafli wody, oślepiając mnie niemiłosiernie. Po chwili przerwy znów dosiadłam swojego rumaka i już sunęłam szeroką leśną drogą aż do Granicy.

Kładka nad kanałem Łasica

Zielony szlak

Po skręceniu z żółtego szlaku znalazłam się w zupełnie innym świecie. Zielony szlak był niesamowicie… zielony! Magiczna kraina porośnięta jagodami i wysokimi paprociami. Dojechałam do 300-letniego Dębu Powstańców (na którym podobno carscy Kozacy wieszali powstańców, brr). Za dębem rozpościerały się sielskie łąki, a ja jechałam w rytm cykania świerszczy, zagłębiając się ponownie w las.

Moim oczom ukazała się niemal pionowa góra, na którą prawie udało mi się wjechać, ale tuż przy samej górze zrezygnowałam i podprowadziłam rower, zatapiając się w piachu.

Famułki Brochowskie

Ostatnia prosta. Po asfalcie jedzie się szybko i przyjemnie (jeśli chodzi o komfort jazdy, oczywiście). Znowu mijam kanał, który porastają jeszcze niezakwitłe grążele żółte. Śniadanie już jest w zasięgu ręki! Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak głodna jestem.

Kanał Łasica

Rower na dobitkę

Mimo kampinoskiej wyprawy rowerowej czułam niedosyt wysiłku – po bieganiu zawsze czuję przyjemne zmęczenie. Po powrocie do domu i wchłonięciu domowego ciasta, znowu wsiadłam na rower, pokonując kolejne 30 km w 1,5 godziny. I to było to – do domu wróciłam na oparach sił, z bilansem 1900 aktywnych kalorii, pożerając pyszną zupę miso i świeżutkie khachapuri, które w wykonaniu Mai jest obłędne!

Jedyne zdjęcie z popołudniowej przejażdżki
Khachapuri Mai (aż jeść mi się znów chce, jak na nie patrzę)
Pyszne, gorące z ciągnącym serem. A jak pachnie! Czujecie?

A poniżej jeszcze kilka ujęć z Kampinosu

Nie może zabraknąć konwalii
Żółty grzyb, którego poznałam tydzień temu, prężnie rośnie
Wszędzie jagody!
Rower wśród paproci czuje się wybornie
Grążele żółte

Komentarze

2 thoughts on “Rowerowa niedziela

  1. zaskrońce – „lawirowałam między nimi jak wiejski pijaczek wracający z zapasem nektaru z lokalnego sklepu” 🙂 🙂 🙂

    uwielbiam Twoje opowieści z zachodniej części Puszczy. Niestety dla mnie to wyprawa na ok. 6h, więc zaglądam tam rzadko

    przykro mi z powodu kontuzji, ale jak można podtrzymywać formę z rowerem to super!

    Przy drewnianym mostku na kanale Łasica warto czasem się zatrzymać i zaczaić na kunę, która tamtędy odważnie przechodzi (nie boi się ludzi). Jej fotka jest na moim IG.

    1. Dla mnie zachodnia część puszczy jest najbliżej, więc właśnie ją eksploruję – za to reszta nadal pozostaje tajemnicza Kuny nie udało mi się zaobserwować, ale następnym razem na pewno zaczaję się na kładce na dłużej. A co do kontuzji, to mam nadzieję, że wkrótce minie, choć rowerowe wyprawy są równie interesujące jak biegowe. Jak zawsze dziękuję za miłe słowa – aż chce się pisać dalej! Przesyłam puszczańskie pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *