25 maja, 2020

Przemierzając Kampinos

Długo wyczekiwana niedziela zapowiadała się deszczowo. Gdy wstałam, za oknem malowało się szare smutne niebo, a termometr wskazywał 8 stopni. Mimo to, przyodziałam krótkie spodenki, spakowałam sobotni wypiek (tym razem drożdżowe bułeczki z masłem) i kawę do plecaka i ruszyłam w stronę Kampinosu.

Po dojechaniu na miejsce aż nie chciało się wychodzić z samochodu – jak zimno! Co prawda powietrze cudownie pachniało nocnym deszczem i było niesamowicie rześko, ale wizja zakładania zmoczonego zimną wodą pasa Garmina na równie zimne ciało nie była zbyt przyjemna.

Po krótkiej wewnętrznej walce wysiadłam, szybko włożyłam pas, szczękając przy tym zębami na pół puszczy, i zabrałam się do krótkiej rozgrzewki. Nie ma się co oszukiwać, od wymachów nóg i przysiadów wcale nie zrobi mi się cieplej. Pora ruszać.

Wolny początek

Pierwsze kilkaset metrów przebiegłam z Mają, ale nasze drogi wkrótce się rozeszły, ponieważ ja skręciłam w prawo na czerwony szlak, a Maja została na żółtym. Jednak, jak się później okazało, nasze trasy się przeplatały i jeszcze spotkałyśmy się dwukrotnie – jak miło jest zobaczyć znajomą twarz podczas długiego biegu!

Maja przemierzająca kampinoskie szlaki

Nie zdążyłam pokonać nawet jednego kilometra, gdy ujrzałam mnóstwo kwitnących wszędzie konwalii. No i jak tu się nie zatrzymać? Parę kroków dalej pięknie podświetlane porannym słońcem soczyście zielone liście dębu. Nadal było mi cholernie zimno, ale bajkowa przyroda sprawiła, że szybko o tym zapomniałam i zatraciłam się całą sobą w kampinoskim świecie, podziwiając ogromne dywany zielonych krzaczków jagód.

Wszędzie jagody!

Słońce raz mocno świeciło, raz zachodziło, bawiąc się ze mną w berka między wysokimi starymi sosnami. W lesie było cicho, tylko z daleka słychać było nieśmiałe śpiewy ptaków i szumiący wiatr, który co chwilę strącał mi pod nogi szyszki. Czekałam tylko na moment, w którym spadająca szyszka trafi mnie w głowę (na moje szczęście nic takiego się nie wydarzyło).

Spadające pod nogi szyszki, tę jedną zabrałam ze sobą do domu

Po przebiegnięciu trzech kilometrów wydawało mi się, że pokonałam ich już z sześć, bo czas dłużył mi się niesamowicie przez milion przystanków (puszcza o poranku jest taka magiczna, że nie da się inaczej!). Postanowiłam nieco przyspieszyć.

Wśród starych dębów

Z iglastego lasu wbiegłam w las mieszany, gdzie przeważały malownicze dęby, z których przy każdym podmuchu wiatru spadały na mnie lodowate krople deszczu, a ja przyjmowałam je na siebie, zamykając oczy i rozpościerając ramiona.

Nagle kowalik przemknął mi tuż pod nogami. Za chwilę drugi. Przystanęłam (znowu!) i wsłuchiwałam się w świergoczący las. Co za muzyka… Wydawało mi się, że wszystkie ptaki Kampinosu zleciały się właśnie w to jedno miejsce, aby wspólnie koncertować. Przysięgłabym też, że z oddali usłyszałam sowę (ale ręki uciąć sobie nie dam).

Nie mogłam wyjść z podziwu dla ptasich treli, jednak przemogłam się i ponownie włączyłam trening. Wtem, tuż przy szlaku, alarm podniósł dzięcioł duży. Między jego ostrzegawczymi dźwiękami dało się słyszeć kwilące w dziupli pisklęta. Wilgi śpiewały przyjemne dla ucha melodie, jak zwykle nie dając się wypatrzeć w koronach drzew. Kukułka odzywała się co chwilę z drugiego końca lasu.

W krainie konwalii

Dobiegłam do skrzyżowania z żółtym szlakiem, ale dalej gnałam przed siebie, podążając za czerwonymi znakami na drzewach. Zatrzymałam się przed starą drewnianą chatą, wsłuchując się w las. Wiedziałam, że przede mną ostatnie chwile na płaskim terenie, bo wkrótce zaczną się wzniesienia (na Stravie ktoś oznaczył je jako segment, nazywając go King of the Górki).

Stary płot przed opuszczonym domem

Po spotkaniu z dębem Kobendzy zaczęłam mentalne przygotowanie do najgorszego podbiegu. Akurat mijało mnie dwóch rowerzystów, którzy wyrazili podziw, że biegnę przez puszczę (a ja już zasapana, ledwie dawałam radę pod tę przeklętą górę). Jednak obecność innych ludzi zagrzała mnie do walki i jakoś udało mi się pokonać pierwszy podbieg.

A wtedy moim oczom (i nosowi) ukazały się całe połacie białych konwalii! W końcu (a takie były uparte i nie spieszno było im do kwitnięcia, o czym pisałam już chyba milion razy).

Majowe cuda

Niedzielny bieg miał przebiegać tylko czerwonym szlakiem, 8 km w jedną stronę i potem powrót. Oczywiście dla konwalii straciłam głowę i nie chciałam zawracać, napotykając po drodze niesamowicie żółty grzyb malowniczo rosnący w pniu drzewa. W końcu się jednak opamiętałam i stwierdziłam, że przecież nie zdołam wrócić o własnych siłach, jeśli tak będę dalej biec prosto przed siebie.

Żółty mieszkaniec lasu

Na oparach

Gdy tylko zawróciłam i pokonałam King of the Górki, zostawiając za plecami konwaliową krainę, jednocześnie zeszłam na ziemię i dopiero poczułam, jak okropnie jestem głodna. W brzuchu burczało mi tak głośno, że niejeden mógłby pomyśleć, że w Kampinosie czai się jakieś licho, czyhające w ciemnej dziupli.

Gnana myślą o maślanych bułeczkach, pozostałe 6 km pokonałam w szybszym tempie. Ostatni kilometr był najgorszy. Do samochodu dobiegłam dosłownie na oparach tych dwóch daktyli, które rano zjadłam (następnym razem zjem więcej, obiecuję!).

Maja już na mnie czekała. Razem ruszyłyśmy na poszukiwania otwartego sklepu i dżemu truskawkowego. W końcu się udało i wylądowałyśmy na łące, wcześniej podziwiając siedzącego na środku polnej drogi dudka, a potem dumnie brodzącego bociana.

Odpoczywający na łące dudek

Bilans niedzielnego poranka: 17 km przebiegniętych, 2 bułki i Prince Polo (smak dzieciństwa!) zjedzone, 900 kalorii spalone.

Śniadanie!
Piknik na łące
Tu jeszcze w połowie biegu, nieświadoma, jakie zmęczenie mnie dopadnie
Od jakiegoś czasu biegam w opaskach kompresyjnych i oprócz tego, że chronią mięśnie, zasłaniają też nieogolone nogi (prawdziwe zbawienie na ciepłe dni) 😊
Maleńki dąb pośród sosen
Pozostałości po nocnym deszczu
Konwalie rosną nawet w takich miejscach!
Pająk też podziwia konwalie

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *