18 maja, 2020

Pogoda (nie) dla biegacza

Sobota od zawsze jest moim dniem odpoczynku i regeneracji po całym biegowym tygodniu. W sobotę zbieram też siły przed długim niedzielnym wybieganiem. Tym razem jednak zmiana planów – piątkowy wypiek (bułeczki pełnoziarniste z dżemem truskawkowym i kakao), sobotni długi bieg i niedzielna piesza wyprawa do Kampinosu.

Uff, jak gorąco

Sobotni poranek. Po półgodzinnej krzątaninie ruszamy z Mają w stronę wału nad Wisłą. Wariacina dziś biegnie półmaraton, a ja mam w planach skromne 15 km.

Docieramy na miejsce. Pogoda piękna. A po ostatnich chłodnych dniach wydawało mi się, że nie będzie za ciepło. I jak zwykle przyodziałam barchany, w których już po pierwszym kilometrze zaczęłam się topić (a są to barchany w kolorze czarnym, więc idealnie przyciągają promienie słoneczne). Maja zdążyła mnie już dawno wyprzedzić, a ja podkasałam rękawy i truchtałam dalej w swoim tempie.

Królowa wioski

Po prawej stronie malował się porośnięty wysoką trawą i polnymi kwiatami wał. Za nim wysokie drzewa w tysiącach odcieni zieleni i górujące nad nimi białe topole ze srebrzystymi liśćmi. Po lewej stronie cudne łąki z soczyście żółtymi mniszkami i dmuchawcami, które smagane wiatrem uwalniały swoje nasiona i szybowały bez opamiętania.

Mijam maleńką wioskę i stary drewniany kościół. Na drzewie plakat narysowany dziecięcą ręką: „Szanuj ziemię”. Uśmiech pojawia się na mojej twarzy, że istnieją tacy pozytywni ludzie, uczący swoje pociechy szacunku dla Matki Ziemi.

Napotkany po drodze plakat

Kolejne niewielkie skupisko domów, a nad nimi patrząca na wszystko z góry bociania królowa. Zatrzymałam się, by oddać jej pokłon. Bocian z zaciekawieniem przyglądał mi się i kręcił głową (pewnie pomyślał sobie, cóż za durna kreatura biegnie w takim upale?).

Bociani tron na piedestale

Gęsia skórka

Pokonałam już kilka kilometrów. Pot niemiłosiernie zalewa me ciało. Wtem słyszę wilgi. Raz cudnie śpiewają, potem skrzeczą niczym sroki. Rozglądam się, mrużąc oczy od słońca i naiwnie próbując wypatrzeć żółte ptaki w koronach drzew. Nic z tego. Od drzew dzieli mnie zbyt duży dystans. Poza tym kolor ptaków idealnie zlewa się z jasnymi, podświetlanymi słońcem liśćmi.

Zrezygnowana biegnę dalej, aż tu nagle… wilga! Przeleciała tuż nad moją głową. Nie wierzę. W końcu ją zauważyłam w pełnej krasie – jaskrawożółta z czarnymi skrzydłami falowała kilka sekund, znikając mi z oczu w gęstwinie krzewów. Mojej radości nie da się opisać. Stoję na środku drogi, gęba otwarta, na rękach gęsia skórka. Nie mogę się otrząsnąć, ale trzeba biec dalej.

Gęsia skórka po spotkaniu z wilgą udokumentowana

Mijanka

Słońce zaszło i temperatura gwałtownie spadła. Niebo zasnuło się stalowoszarymi chmurami. Zaczęłam się zastanawiać, czy będzie padać. Biegłam przed siebie, co jakiś czas wypatrując Mai na horyzoncie. Powinna już zawracać po swoim 10 km (u mnie 7 km), a ja miałam podać jej izotonik i dodać otuchy, że już jest w połowie.

Czy spadnie z tego deszcz?

Stwierdziłam, że poczekam na nią chwilę, a to świetna okazja, by przyjrzeć się z bliska roślinom porastającym wał: koniczynę łąkową (roślina pastewna o dużej zawartości białka), farbownik lekarski (roślina lecznicza, która zawiera garbniki i alkaloid), sąsiadujące ze sobą trzy niewielkie maki i mnóstwo kwiatów, których niestety nie potrafię zidentyfikować.

Po obfotografowaniu wszystkich roślin w końcu zauważyłam maleńki, żółty punkt na końcu drogi. Maja zbliżała się wielkimi susami. Akurat zerwał się wiatr. W ręce trzymałam izotonik i tabletkę energetyczną.

Czekając na Maję (paluch w obiektywie też niecierpliwie czeka)

Maja podbiegła, wzięła tylko izotonik i ze świstem pobiegła dalej, rzucając po kilku metrach soft flask w trawę, który schowałam z powrotem do kieszeni kamizelki. Udało mi się zrobić jej jedno zdjęcie zanim znowu czmychnęła przede mną niczym Biały Królik z Alicji w Krainie Czarów.

Maja (taki mały punkt na końcu drogi)

Wiatr dął na całego. Teraz byłam wdzięczna za długi rękaw. Wydawało mi się, że biegnę w miejscu, a do samochodu zostało mi ponad 6 km. Na takim wietrze odechciało mi się podziwiania przyrody. Zacisnęłam zęby i pocisnęłam (jak się później okazało w całkiem niezłym tempie, jak na mnie) prosto przed siebie, zagrzewając się do walki pysznymi bułeczkami czekającymi na mnie na mecie.

Śniadanie nad Wisłą

Dobiegłam do samochodu. Maja niepocieszona, że nie osiągnęła zamierzonego celu, bo gorąco, bo wiatr, bo coś tam, coś tam. Byłam tak wykończona swoim biegiem, że nie za bardzo słuchałam, co do mnie mówi. Dla mnie to i tak mistrzostwo świata przebiec taki dystans w tempie, które dla mnie (póki co, mam nadzieję) jest nieosiągalne.

Na nadwiślańskim brzegu wiatr głowę urywa

Nie marnując czasu, podjechałyśmy nad Wisłę i wchłonęłyśmy drożdżowe bułeczki w mgnieniu oka (dziś nie były zbyt fotogeniczne, za to pyszne), popijając kawą z termosu. Co prawda wiatr szalał bez ustanku, ale było tak pięknie, że postanowiłyśmy przejść się piaszczystym brzegiem.

Maja wlazła do wody, żeby zregenerować nogi. Ja zanurzyłam się aż do kostek. Nie odważyłam się wejść dalej, bo ta rzeczna woda taka zimna, a dno mulaste. Wolę ją jednak podziwiać z brzegu. Choć zarzekałam się, że kolejnym razem na pewno spróbuję. Myślicie, że mi się uda?

Chłodzenie nóg
Spacer gołą stopą
Pomarszczona od słońca i smagana wiatrem twarz
Połyskujący żuk
Drewniany kościół z 1923 r. (niegdyś protestancki)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *