2 lipca, 2020

Pierwsze zawody Fizka

6 października 2019 r. to dla mnie wyjątkowa data. Pamiętam, gdy dzień wcześniej po przejechaniu 330 km i dotarciu do Augustowa wysiadłyśmy z Mają z samochodu i wiatr nam omal głów nie pourywał. Dziarskim krokiem ruszyłyśmy w stronę biura zawodów, aby odebrać pakiety startowe – Maja na augustowską dychę, ja na bieg charytatywny.

Biegając, pomagamy

W biegu charytatywnym można było przebiec od 1 do 10 km. Za każdy kilometr naliczano 10 zł, które szły na szczytny cel – wsparcie dla instytucji opiekującymi się chorymi dziećmi. Do tej pory mój najdłuższy bieg liczył 7 km (nie trzeba mówić, że w żółwim tempie), jednak byłam przyzwyczajona do krótszych tras.

Plan A i plan B

Nie nastawiałam się na żadne bicie rekordów i pokonanie dychy. Oczywiście chciałam przebiec jak najwięcej mi się uda, ale plan był raczej pesymistyczny. Plan A zakładał, że przebiegnę około 6-7 km i resztę trasy zdobędę spacerowym krokiem. Plan B natomiast mówił: przebiegnę, ile mi się uda, jeśli po 75 minutach nie będzie mnie w okolicach mety, Maja wyrusza na poszukiwania leżącego gdzieś po drodze Fizka.

Emocjonalny zenit

W niedzielę po tradycyjnym śniadaniu biegacza (czyli bułce z dżemem), udałyśmy się w stronę amfiteatru miejskiego w Augustowie. Pogoda była tak samo wietrzna jak w dzień przyjazdu. Po rozgrzewce w oczekiwaniu na start, schowałyśmy się w budynku, by nie dać się smagać przeszywającym podmuchom. Ludzi było mnóstwo. Dla mnie całkowita nowość. W końcu dopadł mnie stres i durne myśli „A jak się nie uda? A jak nie dam rady wrócić? A jak w ogóle po 3 km okaże się, że nie mam siły?”.

Jezioro Necko

Najpierw ruszyli biegacze biorący udział w półmaratonie. Ulokowałam się na końcu tłumu i znalazłam przyjaźnie wyglądające twarze. Odezwałam się, żeby nie myśleć, o tym, co mnie czeka i dodać sobie otuchy. Kolejny wystrzał – ruszył bieg na dychę. „Boże, co ja tu robię” – pomyślałam. Włączyłam Garmina i trzęsąc się z zimna, odliczałam w głowie sekundy. Bang! Bieg charytatywny właśnie się rozpoczął.

Pierwsze kilometry

„E, nie jest tak źle”. Ludzie się śmieją, dużo osób biegnie w grupkach lub parami. Koło mnie przemyka pani z psem, dwóch strażaków w kaskach z gaśnicami na plecach, jakieś dziecko na hulajnodze, dziewczyny z kijkami. Pierwszy kilometr minął tak szybko, że nawet nie wiem, kiedy nadszedł moment wystawienia ręki, aby wolontariusze przybili mi pieczątkę potwierdzającą pokonanie kilometrowego odcinka.

Złota jesień, choć bez słońca

Po drugim kilometrze w końcu zaczęłam rozglądać się dookoła. Po lewej stronie jezioro Necko, po prawej las. Pod stopami wąski chodnik. Ludzie biegną koło siebie, prawie dotykając się łokciami. Na szczęście na trzecim kilometrze zaczyna się przerzedzać. Robi mi się gorąco. Jak zwykle przyodziałam za grube barchany – jednak wiedząc, że kilka ostatnich kilometrów będę szła, lepiej było ubrać się cieplej.

Na piątym kilometrze poczułam wiatr we włosach (a raczej w nogach). Wolontariusze kibicowali (chyba na mojej twarzy było widać zmęczenie). Wybiegłam na ścieżkę rowerową przy ulicy. Przechodnie stojący na przystanku autobusowym po drugiej stronie klaskali. Z naprzeciwka zbliżali się półmaratończycy. Zaraz potem biegacze na dychę. Wypatrywałam Maję, ale nic z tego. Musiałyśmy się minąć, gdy trasa odbijała na chwilę w prawo.

Pierwsza zawrotka

Ludzi było coraz mniej. Pomyślałam, że muszę całkiem wolno biec i pewnie większość jest już dawno z przodu. Jednak byłam w błędzie. Przyspieszyłam i zaczęłam wyprzedzać innych biegaczy, co jeszcze bardziej dodawało mi sił. Na 7 km znów byłam nad jeziorem. Słońce cudownie odbijało się od tafli, nisko pochylające się wierzby muskały wodę przy brzegu. Wtem góra schodów. Pokonałam je i z trudem łapiąc oddech biegłam dalej przed siebie.

Ktoś biegnący z naprzeciwka (druga pętla półmaratonu) krzyknął do mnie: „Dajesz, jedenastka!” (bo taki właśnie miałam numer startowy). No to daję! Słyszę gwar, muzykę z głośników. Muszę zbliżać się do mety. Ale przede mną jeszcze ponad 2 km i druga zawrotka.

Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że pokonałam już prawe 8 km! I to bez zatrzymywania, bez marszu, cały czas w biegu. Nie wierzę! Ale zaraz na ręce ląduje mi 8 pieczątka, rozwiewając moje wątpliwości.

Prosto do mety

Przy końcu trasy ludzie stoją po bokach, oddzieleni taśmami od chodnika, na którym rozgrywa się moja wewnętrzna walka. Po zdobyciu 9 pieczątki nie mogę się już poddać. Ostatni kilometr to niewielki podbieg, który dla mnie wydaje się wyrastać z ziemi jak najwyższa góra świata. Dysząc, sapiąc i zipiąc, biegnę. Ktoś wyciąga rękę, żeby przybić mi piątkę. Ktoś się uśmiecha i woła, że to już prawie koniec.

Widzę metę. Przyspieszam. Nagle słyszę Maję: „Fizek! Tu jestem!”. A ja (jak zwykle w takich momentach) z otwartą gębą wbiegam na linię mety i krzyczę „Maja! Przebiegłam 10 km!” – tak jakby nie było to oczywiste, skoro wbiegam na metę, a nie maszeruję gdzieś bokiem.

Duma rozpierała mnie tak, że dopiero po chwili poczułam, jaka jestem zmęczona. Pierwsza dycha za mną i to w tak szczytnym celu! Płaczę ze wzruszenia.

Podsumowując, 10 km pokonałam w 1 godzinę i 8 minut, w tempie 6:50. Wiem, prędkość światła. Dla porównania, dziś ten sam dystans pokonuję w 6:30 na treningu. Kolejnych zawodów na dychę nie mam jeszcze na koncie, dzięki koronawirusowi, ale celuję w tempo 5:30 – ale wszystko przede mną, prawda?

I nie zapominajmy o Mai – jak zwykle biegła jak łania, zdobywając pierwsze miejsce wśród kobiet (43:48)!

Komentarze

9 thoughts on “Pierwsze zawody Fizka

    1. Dzięki! W tym roku miało być tak pięknie – zawody połączone z wycieczkami po Górach Sowich, jeziorach kaszubskich i nie tylko… Z zawodów nici, ale już wkrótce zapakuję namiot i ruszę w dzicz (oby tylko pogoda dopisała i mój namiot nie zamienił się w tratwę 😉 )!

      1. Nie wiem, czy już pisałem, za bieganiem oraz zawodami nie przepadam, ale biegam jesienią/zimą jak nie ma za bardzo dobrych warunków na rower. Bardzo liczę, że będzie impreza biegowa w Kampinosie. Co roku był „Bieg Łosia” (w tym roku się nie odbył), za to jesienią jest „Maraton Kampinoski” – biegłem w tamtym sezonie półmaraton. Może w tym roku zdecyduję się pobiec dłuższy dystans. W każdym razie chciałbym wziąć udział.

        1. Właśnie widziałam, że rok temu był „Bieg Łosia”, a w tym już nie. Ciekawe, czy w tym roku w ogóle cokolwiek się odbędzie. Półmaraton w Kampinosie brzmi jak prawdziwe wyzwanie dla mnie, ale również z chęcią wzięłabym udział, nawet jeśli miałabym zająć ostatnie miejsce 😉

  1. Super. Trafiłem tutaj z aplikacji Garmin. Fajnie się „ciebie” czyta. Dodam sobie stronę do obserwowanych. Pozdrawiam Maciek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *