13 lipca, 2020

Lipcowe zmagania

W letnie gorące dni nie mam tak wielkiej motywacji do biegania jak dotychczas. Ostatnio jakoś ciężko wstaje mi się z samego rana, a gdy wychodzę na bieg o 7 rano jest już tak ciepło, że po kilku krokach przyklejam się do asfaltu. Jednak walczę i staram się chociaż 3 – 4 razy w tygodniu potruchtać.

Podbiegi

Na początku zeszłego tygodnia jakimś cudem udało mi się wykaraskać spod pieleszy i o 6:30 wyruszyć w stronę najbliższego wzniesienia. Po krótkiej rozgrzewce stawiłam czoła 6 podbiegom po 250 metrów. Miasto powoli budziło się do życia, szum samochodów dźwięczał mi w uszach, a kawki w pobliskim parku skrzeczały, radośnie witając wtorek. Mimo zmęczenia w nogach i płucach do domu wróciłam w zawrotnym tempie – 1 km w 5:58 i 0,5 km w 5:40.

Coraz szybciej

Po wtorkowych podbiegach środa malowała się pod znakiem łatwego biegu, ale w czwartek wróciłam ze zdwojoną siłą, pokonując 8 km z szybkim zakończeniem. W piątek dałam czadu i zrobiłam kolejne 8 km z 10 przebieżkami – jedna z nich w moim rekordowym tempie 3:58 (nie wyobrażam sobie przebiec tak szybko więcej niż 100 metrów, chyba ducha bym wyzionęła!). W weekend niestety nie starczyło mi już sił na długie wybieganie. Za to wybrałam się na kolejną wyprawę rowerową do Kampinosu.

Z perspektywy rowerowego siodełka

Czerwiec i lipiec (póki co) zdecydowanie należą do mojej miejskiej kobyły. Tydzień temu udało mi się pokonać aż 83 km – z czego Garmin padł na 76 km (Fizek 1, Garmin 0). Zdjęć z wypadu za wiele nie mam, bo komarzyska żarły na potęgę i każdy przystanek kończył się swędzącymi bąblami. Za to wczoraj udało się pokonać 78 km w trochę wolniejszym tempie z tradycyjnym piknikiem w lesie i dwoma ugryzieniami muchy końskiej.

Pszczoły wszędzie!

Niedzielna pogoda nie rozpieszczała i jak na złość co chwilę zachodziło słońce, powodując u mnie gęsią skórkę i fioletowe usta (a mogłam wziąć bluzę, jak zwykle człowiek nie wie, co przyodziać). Nie tylko ja wpadłam na pomysł rowerowej wycieczki i w puszczy zamiast zwierząt, napotykałam tabuny ludzi – chodzących, biegających, spacerujących z psami, jeżdżących na rowerze.

Gdyby wszystkie leśne ścieżki były takie przyjemne do jazdy!

Nowe szlaki przetarte

Gdy znalazłam się w Starej Dąbrowie, ruszyłam żółtym szlakiem w stronę Babskiej Górki (co za sympatyczna nazwa!) – początek zapowiadał się średnio, bo droga była wysypana kamieniami – mój rower aż cały trzeszczał, każdy obrót koła był męką. Gdy dotarłam do Kanału Łasica, odetchnęłam z ulgą, lecz nie na długo. Okazało się, że za szlabanem czeka mnie przedzieranie się przez wąską, obrośniętą pokrzywami ścieżkę (nie ryzykowałam zejścia z roweru, by zrobić zdjęcie).

Kanał Łasica zachwyca jak zwykle

Przy Babskiej Górce skręciłam w prawo na zielony szlak, który usłany był wystającymi konarami. Jakoś udało mi się pokonać ten odcinek bez upadku. Miałam zamiar dotrzeć do Sosny Powstańców, ale czerwony szlak wydał mi się całkiem ciekawy i ruszyłam w stronę Zamczyska, stamtąd zielonym szlakiem do Granicy, gdzie ludzi było jak mrówek, a potem prosto do domu, gnana myślą o pysznym obiedzie.

Nowe tereny odkryte: Stara Dąbrowa – Babska Górka – do czerwonego szlaku na Zamczysko – Granica

Basenowe poniedziałki

Od jakiegoś czasu regeneracyjne poniedziałki spędzam na basenie, zaprzyjaźniając się z wodą, którą do tej pory lubiłam tylko w wannie (ewentualnie nurzając kostki w jeziorze lub morzu). Nie pałam wielką miłością do pływania, bo i nie jestem dobrym pływakiem, jednak mając na celowniku Mazury, nie mogę nie skorzystać z dobrodziejstwa schłodzenia się w upalny dzień w jeziorze!

Po pierwszym basenie i pływaniu przez 40 minut żabką (bo tylko tak umiem), nazajutrz dopadły mnie zakwasy. Jednak muszę przyznać, że wystarczyły mi 3 takie pływackie sesje i idzie mi coraz lepiej. Dziś po południu też wskoczę w basenowe klapki i czepek, walcząc ze swoim strachem i niechęcią do wody, która w sumie nie jest taka zła.

Komentarze

4 thoughts on “Lipcowe zmagania

  1. Jak zwykle super story. Ja bardzo lubię odcinek Zielonego Szlaku za Babską Górką (chociaż jakoś samej góry tam nie kojarzę). Ścieżka bardzo wąska, kręta, wytyczona bezpośrednio między sosnami, a wokół piękne zielone runo (teraz pewnie są tam jagody). Ze 2 tygodnie temu tam próbowałem zawiesić hamak, ale komary już dawały się we znaki, ale potem znalazłem lepszą miejscówkę na leżakowanie. A moje pierwsze z przejazdu szlakiem „za szlabanem” było takie, jak opisujesz. Wąsko, zarośla. Czułem się tam trochę nieswojo. Ale to piękne przyrodniczo miejsce, wiosną uwielbiają je żurawie. A z tego mostku na Łasicy blisko jest to miejsca, w którym dwa kanały łączą się ze sobą. Polecam tam kiedyś zajrzeć, ale chyba nie ma tam żadnej ścieżki :). No i ciekawa alternatywna ścieżka poza szlakiem jest w tamtych okolicach od kościoła w Górkach, potem przez nieistniejącą wieś Nowe Budy i Traktem Napoleońskim do zielonego albo żółtego szlaku.

    1. Jagód było mnóstwo! Kusiły niesamowicie, ale zostawiłam je dla zwierząt 😉 Za szlabanem też czułam się na początku nieswojo, szczególnie patrząc na prawą, „mroczną” stronę puszczy z majestatycznymi ciemnozielonymi sosnami. Szczególne było też przerzucanie mojej prawie 19-kilogramowej kobyły przez zwalone na szlaku pnie drzew. Te okolice Nowych Bud, o których piszesz, są dla mnie całkowicie nowymi rejonami, więc z przyjemnością zwiedzę je podczas kolejnej wyprawy. Dzięki za wskazówki!

    1. Ja to się chyba urodziłam z lękiem do wody 😉 Ciężko mnie zawsze przekonać do wejścia do jeziora (też tak miałaś? ta ciemna woda, nie widać, co skrywa i brak dna pod stopami), ale przynajmniej z basenem nie mam aż takich oporów. Rozważam zresztą kilka lekcji pływania, bo tą żabką to trochę już nudno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *