19 kwietnia, 2020

Kiedy nogi mówią dość

I nie tylko nogi, ale dosłownie wszystko. Po ostatnich dwóch dość  intensywnych (jak na mnie) miesiącach biegowych, chyba dotarłam do granicy swojej wytrzymałości. W końcu klątwa zmęczonego biegacza dopadła i mnie. Wystarczyło mi 172 km w marcu i 118 km w kwietniu (a gdzie tu do końca miesiąca?!), żeby obudzić się w sobotę wrakiem człowieka.

Echo odpoczynku

I na tę właśnie sobotę – dzień odpoczynku, tak bardzo wyczekiwany po 4 dniach treningów – zaplanowałam sobie nicnierobienie. Oczywiście skończyło się na spacerze z psem wzdłuż rzeki i 12 tysiącach kroków. Nie potrafię wysiedzieć w miejscu!

Jednak postanowiłam, że odpuszczę sobie wypad na niedzielne długie wybieganie. Ba, nawet stwierdziłam, że jeśli w niedzielę znów obudzę się wrakiem człowieka, to nawet zrezygnuję z biegu w okolicy.

Ach, niedziela!

Budzę się następnego dnia. Spoglądam na swoje odbicie w lustrze – nie jest źle! Nie straszę już jak w sobotę rano. Dam radę, mówię do siebie w myślach. Najpierw jednak 10 minut witania słońca, które już od godziny ogrzewa jeszcze śpiący świat. Nie ma jeszcze 7:00, a ja już stoję w swej biegowej zbroi przed domem.

8 km wzdłuż lasu wydało mi się dobrym pomysłem. Ale zanim ruszyłam w wyznaczonym sobie kierunku, zahaczyłam o rzekę. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie zerknąć, czy zimorodki nie latają w poszukiwaniu ryb. Niestety, oprócz krzyżówek i nurogęsi, na rzece nie było innych ptaków. Zawróciłam i uświadomiłam sobie, że czeka mnie podbieg. O, ironio! A miał być łatwy bieg…

Wiosna pełną parą

Po dwóch kilometrach dotarłam do piaszczystej ścieżki wijącej się najpierw wzdłuż pola porośniętego soczystą zielenią, a potem meandrującej wzdłuż wyższych i niższych drzew. Ale spotkała mnie miła niespodzianka, gdy zobaczyłam na krzewach w pełni rozwinięte liście! Wiosna w końcu rozwinęła swoje skrzydła! Ptaki śpiewały jak opętane, przelatywały mi tuż przed nogami tak szybko, że nawet nie byłam w stanie stwierdzić, jakie to za gatunki.

W drodze powrotnej natknęłam się na trzy dorodne sarny, które o dziwo nie uciekały w popłochu, tylko przyglądały mi się z bezpiecznej odległości zaciekawione.

Zachłyśnięta przyrodą (jak zwykle), przestałam zwracać uwagę na tempo i gdy analizowałam swój bieg w aplikacji Garmin Connect, okazało się, że drugą połowę biegu pokonała szybciej niż zamierzałam, a na liczniku pojawiło się 9 km. Póki co nie umieram, ale któż wie, jak poczuję się po południu?

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *