30 marca, 2020

Do trzech razy sztuka

Moją przygodę z bieganiem można porównać do leśnej ścieżki, pełnej zdradzieckich korzeni wystających tu i tam, wijącej się po pagórkach raz większych, raz mniejszych. Pamiętam swoje pierwsze podejście dwa lata temu. Swój pierwszy kilometr, który zakończył się sapaniem i dyszeniem przez kolejne piętnaście minut. „To nie dla mnie”, pomyślałam. Twarz czerwona jak burak, serce pragnące wyskoczyć z klatki piersiowej jak nigdy wcześniej, pulsowanie w nogach.

Nie minęło kilka dni, gdy stwierdziłam, że przebiegnę kolejny kilometr. Mając za sobą sporo HIIT-ów (high-intensity interval training dla niewtajemniczonych), wydawało mi się, że moja kondycja jest… w niezłej kondycji. Nic bardziej mylnego. Bieganie to zupełnie inny rodzaj wysiłku dla mięśni. Jednak dzielnie stawiałam czoła temu wyzwaniu, odmierzając czas biegowego terroru na klasycznym zegarku Casio. W końcu nastąpiło nieuniknione – poddałam się. „Jednak wolę rower”, stwierdziłam.

Tym razem się uda

I tak w grudniu 2018 roku dostałam w prezencie zegarek Garmina. W związku z tym, że sporo jeździłam na rowerze, nadal katowałam HIIT-y i podnosiłam ciężary (jeny, ale to brzmi – pomyślicie zaraz, że jakiś paker ze mnie, co mija się z prawdą), przydałby mi się sprzęt mierzący moje wysiłki. Pomyślałam też, że będzie to świetny sposób na mobilizację biegową. Uwaga, uwaga – podejście numer dwa!

Przez pierwsze dwa miesiące naprawdę się przykładałam i biegałam. Ale przyszedł marzec… i znów wskoczyłam na rower, denerwując się, że po przebiegnięciu zaledwie kilku kilometrów, mam ochotę wypluć płuca i całą resztę znajdującą się po drodze.

Przełom

Tego lata uczestniczyłam w kilku zawodach biegowych jako zatwardziały kibic, drący się: „Dawaj, dawaj!!!” i „Jesteś pierwsza!!!” ze łzami w oczach. Miałam okazję poznać innych biegaczy, poczuć ducha rywalizacji (mimo, że stałam z boku to moja emocjonalna strona dała się we znaki i przeżywałam te zawody, jakbym sama w nich brała udział).

W sierpniu wraz z biegaczką, za którą zawsze tak mocno trzymałam kciuki, wybrałyśmy się na zawody w Białymstoku. I tak się złożyło, że natknęłyśmy się na sklep dla biegaczy, prowadzony przez poznanego w czerwcu przemiłego człowieka, który brał udział w wyścigu na 10 km. Stwierdziłam, że przydadzą mi się wygodne buty, bo jednak człowiek raz na ruski rok pobiegnie, a poza tym dość sporo chodzę, więc wygoda w cenie. Wiem, że to moja czysta próżność, ale buty znalazłam tak piękne i tak wygodne, że od razu ze sklepu w nich wyszłam z postanowieniem – będę biegać.

I od tego pamiętnego sierpnia 2018 biegam 🙂 Mam za sobą udział w kilku zawodach, i to już nie jako kibic. I muszę przyznać, że choć początki jak zwykle były okropne i pełne goryczy wylewanej po każdym biegu, tak teraz widzę, że moja forma powoli, powoli idzie ku lepszemu. Ale co najważniejsze, w końcu odczuwam czystą przyjemność i satysfakcję, a nie tylko ból i cierpienia.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *