4 maja, 2020

Deszczowa majówka

Wraz z nadejściem maja chyba każdy marzy o pięknej słonecznej pogodzie, aby beztrosko wylegiwać się na leżaku w rytm skwierczących na grillu pyszności. W tym roku nie wyczekiwałam jednak majowego ciepła. Widząc, jak susza krzywdzi wszystko, co spotyka na swojej drodze, nie gniewałam się, gdy prognoza pogody przewidywała deszcz. Wręcz przeciwnie – cieszyłam się jak głupia, gdy widziałam, jak bujnie rosną moje rzodkiewki, groszek i szpinak zroszone kroplami deszczu.

Oprócz tradycyjnego grilla w ogrodzie (który ostatecznie odbył się za pomocą patelni grillowej), majówka wypadła idealnie (no prawie idealnie).

1 maja

W tym tygodniu stwierdziłam, że mój plan treningowy za bardzo daje mi w kość, a ciężkie biegi są ostatnio zbyt wyczerpujące, więc wrzuciłam na luz i postanowiłam pobiegać spokojnie.

Najpierw tradycyjnie joga skoro świt, a potem 7-kilometrowy bieg po lesie z przebieżkami (pierwszy raz w życiu udało mi się rozwinąć zabójcze, jak dla mnie, tempo 3:57). Biegło się wspaniale, bo powietrze było rześkie i świeże, a leśne ścieżki bardziej ubite po nocnych opadach.

2 maja

Sobota. Mój dzień odpoczynku. Pogoda była jakaś taka dziwna. Czuć było, że coś wisi w powietrzu. Rano jednak świeciło słońce, więc po jodze wypełzłam na krótki spacer wzdłuż rzeki, a potem krótka (ale naprawdę dająca w kość, a raczej w abeesy) gimnastyka z Kszczotem. Po kilku godzinach dopadła mnie migrena – no wiedziałam, że coś w tym powietrzu się czai – pozbawiając mnie połowy dnia życia.

Poranna Bzura

3 maja

W niedzielę wstałam z nową energią. W końcu wyczekiwany przez cały tydzień Kampinos! Spakowawszy (!) sobotni wypiek i termos z kawą, ruszyłam podbijać swoje ukochane szlaki. Już kilka minut po 7 udało mi się dojechać na miejsce. Niebo było pochmurne, ale nadawało majestatyczności starym dębom i sosnom. Na końcu każdej leśnej ścieżki malowała się mgła. Tajemnicza aura wcale nie przeszkadzała ptakom, które świergotały tak samo jak w słoneczny poranek.

Niebieski szlak

Deszcz przyniósł ulgę i tutaj, sprawiając, że piaszczyste dukty dało się przebiec bez większych trudności. Już od samego początku rozwinęłam niebywałe, jak na niedzielne wybieganie, tempo 6:34. Co jakiś czas zatrzymywałam się, ale nie ze zmęczenia, ale by podziwiać wspaniałą puszczę i nasłuchiwać jej dźwięków.

Po niebieskim szlaku, skręciłam w prawo i walczyłam z niewielkim podbiegiem, żeby jak najszybciej znaleźć się na moim ulubionym czerwonym szlaku. Jak pisałam tydzień temu, jego zbocza pokryte były dopiero co rozwijającymi się łodyżkami konwalii, a tej niedzieli liście dumnie się już prezentowały z poprzetykanymi nieśmiało białymi kwiatami. Ciekawe, czy za tydzień będzie już całkowicie biało?

Już są!

Ubolewając nad tym, że czerwony szlak dobiegł końca, skręciłam w żółty i pognałam niczym spragniona łania w kierunku wodopoju (czyt. samochodu z pudełkiem pełnym cynamonowych bułeczek, które pożarłam w mgnieniu oka).

Idealna majówka.

Drożdżowe bułeczki cynamonowe z dżemowym tworem
Czerwony szlak cały zielony
Dąbrówka rozłogowa – niby taka pospolita, ale przepiękna
Znalazłam kwitnące poziomki!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *