25 lipca, 2020

Bo ruszać się trzeba!

Przez ostatnie dwa tygodnie tyle się wydarzyło, a ja tonąca w pracy po pachy, nie miałam kiedy usiąść, żeby to wszystko przelać na „papier”. Doba zdecydowanie za krótko trwa, szczególnie latem! Dzisiejsza opowieść być może nie jest najciekawsza na świecie, ale wywarła na mnie wrażenie i chciałabym się nią podzielić.

Niespodziewane spotkanie

W zeszły piątek wybrałam się na zwyczajny bieg. Nie miałam żadnych wyjątkowych planów. Od kilku treningów praktykuję zwiększanie prędkości z każdym kilometrem i muszę przyznać, że przyjemnie mi się tak biega i zawsze nie mogę się doczekać ostatniego najszybszego odcinka.

Jednak tym razem nogi były jak z ołowiu – wcale nie chciało mi się wychodzić z domu. Po wewnętrznej walce (która nie trwała zbyt długo) już stałam w biegowych butach przed domem. Trasę obrałam niezbyt ciekawą – siedmiokilometrową pętlę po asfaltowych drogach, bez spektakularnych widoków.

I tak, biegnąc pośród domów przy jednej z ulic, spotkałam dudka! Jakaż wielka była moja radość. Dudkowego paliwa starczyło mi na kolejne 2 km. Potem nogi znów zrobiły się ciężkie jak kłody wyrzucone na brzeg Bałtyku. Wydawało mi się, że nie są częścią mojego ciała.

Powrót do domu miał przebiegać inną trasą – taką bardziej wiejską. Ale sił miałam już tak niewiele, że skróciłam trening i pobiegłam chodnikiem wzdłuż bardziej ruchliwej ulicy (choć po 7 rano nie było jeszcze tragedii). Biegłam zmarnowana i zrezygnowana. Myślałam tylko o prysznicu, śniadaniu i czekających na mnie niekończących się stronach tekstu do przetłumaczenia, gdy na mojej drodze stanął starszy pan w kapeluszu z czerwonym składakiem pod ręką.

„Przepraszam, czy może się pani zatrzymać?” – zapytał.

Wcisnęłam pauzę w Garminie i powiedziałam, że mogę. Przez głowę przeleciało mi od razu tysiąc myśli. Coś się stało? Jak mogę pomóc? Nawet nie miałam przy sobie telefonu, żeby zadzwonić po wsparcie…

„Bo ja chciałem powiedzieć…” – zaczął starszy pan, ale nie mógł się do końca wysłowić.

Poranek nie należał do najcieplejszych i już puls zdążył mi spaść i zaczęło robić mi się zimno. Poczułam przypływ lekkiej fali zdenerwowania, że pan zatrzymał mnie bez powodu.

„A pani to do maratonu się przygotowuje?” – spytał. Jeny, to naprawdę nie jest najlepszy moment na rozmowę, pomyślałam, ale grzecznie odpowiedziałam, że maraton pozostaje w sferze marzeń i w tym roku być może uda mi się pokonać półmaraton (taki mój własny półmaraton).

„Chciałem coś pani pokazać…” – zawiesił głos starszy pan.

Stoję, czekam, gęsia skórka zaczyna pokrywać moje ręce i nogi. Pan sięga za pazuchę swojej kurtki (zaczynam się obawiać, co też chce mi ten pan pokazać?!) i wyjmuje szmaciany woreczek, a z niego dużą monetę.

„Bo ja biegłem w Maratonie Warszawskim w 1981 roku” – powiedział.

Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że patrzę nie na monetę, ale na medal z III Międzynarodowego Maratonu Pokoju. Głos mi się złamał, wzruszyłam się, jak to mam w zwyczaju w takich momentach.

„Tylko chciałem powiedzieć, że ładnie pani biega i że ruszać się trzeba, bo to zdrowie” – skwitował starszy pan.

Wyraziłam swój wielki podziw, życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego i każdy z nas ruszył w swoją stronę. Nie ważne, że biegłam jak połamana z nogami cięższymi niż fortepian – napotkany po drodze pan sprawił, że urosły mi skrzydła i gnałam przed siebie jak niesiona wiatrem.

Doceńmy to, co mamy

W dzisiejszych czasach buty, ubrania i akcesoria biegowe mamy na wyciągnięcie ręki. Wybór jest ogromny. Do tego jesteśmy coraz bardziej świadomi, jak trenować. Wspomagamy się fachową literaturą i pomiarami. Coraz więcej amatorów korzysta ze wsparcia profesjonalnych trenerów. A kiedyś?

Po powrocie do domu, zamiast się rozciągać, od razu zaczęłam czytać o pierwszych maratonach warszawskich. Włosy jeżyły mi się na rękach, gdy czytałam, jak w 1979 roku ludzie biegali w czym popadnie – w korkach piłkarskich, w butach z wyciętymi dziurami na palce (bo za małe). Obserwujący bieg warszawiacy pukali się w czoło – a cóż to za fanaberia, żeby biec przez środek miasta?

W tym roku we wrześniu ma się odbyć 42 Maraton Warszawski (wydarzenie stoi pod znakiem zapytania z wiadomych względów). 42 lata biegania i jak wiele się zmieniło. Dziś już chyba nikogo nie dziwi widok gnającego przez pola i drogi biegacza, prawda? Ku refleksji 😊

PS Zdjęć z tego biegu niestety nie posiadam – pogoda była nieciekawa, a trasa jeszcze gorsza, nie ma co pokazywać – jednak mam nadzieję, że dobrnęliście do końca mojej opowieści!

Komentarze

10 thoughts on “Bo ruszać się trzeba!

  1. Twoja historia przypomina mi spotkanie, w trakcie rowerowej dłuższej przejażdżki po KPN, z leciwym panem cyklistą. Pan miał ponad 70 lat a od 36 lat poruszał się wyłącznie rowerem. Porzucił miasto i zamieszkał w otulinie KPN. Auto oddał córce. W wieku 60 lat przejechał jednego dnia rowerem trasę Warszawa-Lublin. Pan wyznał, że choruje tylko na jedną chorobę – cyklozę. Udzielił mi kilku wskazówek co do wpływu jazdy rowerem na zdrowie, ubioru, stylu jazdy, etc. Na koniec poczęstował landrynkami i zaproponował, abyśmy siłowali się na rękę. Oczywiście wygrał 🙂 W tym roku znów go spotkałem. Oczywiście na rowerze. Znów były landrynki z Biedronki i peany na cześć roweru.

    1. Póki co nie spotkałam tego Pana ponownie 🙁 Ale za to jestem coraz bliżej pokonania mojego półmaratonu (przełożyłam te plany na październik/listopad).

  2. Fajna strona…jestem w kraju od kilku miesięcy, biegałem odrobinę w Lesie Bemowskim, poza tym jeżdżę rowerem po lesie i w stronę Kampinosu. Także w poszukiwaniu łosi oraz ufo.
    Fajna historia o tym Panu z medalem, i w komentarzu o cykliście emerycie.

    Pozdro, życzę sukcesów !

    Maciek

    1. Historia Pana na rowerze też mnie urzekła 🙂
      A po lesie biega się najlepiej, ale i najciężej (przynajmniej mi) – wystające konary, wzniesienia, nieraz piach nie ułatwiają zadania 😉 Ale prawie w każdą niedzielę wybieram się na długie wybiegania właśnie do Kampinosu. Oby udało nam się znaleźć tam jak najwięcej łosi (i ufo oczywiście)!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *