6 maja, 2020

Biegiem przez strugi deszczu

Deszczowa aura utrzymuje się już od kilku dni, co mnie bardzo akurat cieszy, bo świat w końcu ożywa, a ja nie mam nic przeciwko bieganiu po kałużach. Deszczowe biegi są dla mnie wręcz całkiem przyjemne, jeśli tylko jest w miarę ciepło.

Eksperyment

Ostatnio postanowiłam sprawdzić, jak poradzę sobie z 5 km w tempie 6:00. Gdy wychodziłam z domu, lekko siąpiło. Po 2 km rozgrzewki porządnie się rozpadało. Czułam, jak deszcz wdziera mi się pod ubranie. Biegłam nierównym asfaltem. Samochody ochlapywały mnie, wpadając w dziury, co i tak nie miało znaczenia, bo z nieba woda lała się wiadrami.

Pierwszy kilometr w szybszym tempie poszedł mi całkiem nieźle. Stwierdziłam, że nie umieram, a to już znak. Pocisnęłam więc kolejny i kolejny, i jeszcze jeden, po czym stwierdziłam, że chyba jednak się zmęczyłam. I tu wyszła moja uparta natura – zamiast dać sobie spokój, dobiegłam ten ostatni kilometr do domu, zmuszając swoje nogi do wysiłku.

Po zgraniu treningu na telefon przeanalizowałam go wnikliwie i okazało się, że biegłam trochę szybciej niż 6:00, kończąc trening w tempie 5:31. Garmin nakazał mi odpoczynek ponad 30 godzin…

Nazajutrz

Ale co ja się będę słuchać zegarka, pomyślałam. I już następnego dnia wstałam rześka i wypoczęta, bez bólu w łydkach, które poprzedniego wieczoru porządnie wymasowałam. Za oknem kapały pojedyncze krople deszczu. Ubrałam się i wyruszyłam na spokojny bieg.

Wdychałam cudowny zapach deszczu. Podziwiałam stalowoszare chmury na horyzoncie. Wąchałam wszędobylski bez rosnący chyba w każdym mijanym przeze mnie ogródku. Wbiegłam na asfaltową drogę otuloną po obu stronach polami. Cisza. Ptaki poukrywały się w zaroślach i tylko kosy dawały o sobie znać.

Czujecie, jak pachnie?

Nowe ścieżki

Postanowiłam odkryć nową trasę, na którą natknęłam się ostatnio podczas poszukiwania tartaku –razem z Mają porwałyśmy się na „odnawianie” ławki z 1965 roku. Mimo, że miliony razy przejeżdżałam obok tartaku na rowerze, nigdy nie zwróciłam uwagi na to, że ten tartak tam w ogóle jest, a wzdłuż ogrodzenia wije się całkiem przyzwoita ścieżka prowadząca do małego lasku.

Tajemnicza ścieżka wzdłuż tartaku

Wkroczyłam na ścieżkę. Zza muru tartaku dochodziła kakofonia mechanicznych pił, a w powietrzu unosił się zapach świeżego drewna. Obok niewielkie pole truskawek – już kwitną! Odetchnęłam głęboko i potruchtałam przed siebie.

Truskawkowe krzaczki

A w lasku natknęłam się na stertę śmieci – butelki, papierzyska i rozczłonkowany telewizor we własnej osobie. Mina mi zrzedła, ale brnęłam dalej. Wśród śmieci lawirował mały królik. Skręciłam w prawo i przede mną malowała się całkiem przyzwoita leśna ścieżka. Skręciłam w lewo, a tam znowu dzikie wysypisko. Tym razem pierwsze skrzypce grały fotele i klozet ze szczotką w pakiecie – full zestaw.

Ludzka bezmyślność
W lesie króluje dziś klozet

Nogi miałam ciężkie jak z ołowiu. Garmin jednak miał rację, żeby trochę dłużej odpocząć. Rozsądnie byłoby już zawracać, bo od domu dzieliły mnie 4 km, a w brzuchu kiszki zaczynały marsza grać.

Ołowiane nogi wracają do domu

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *