25 lipca, 2020

Bo ruszać się trzeba!

Przez ostatnie dwa tygodnie tyle się wydarzyło, a ja tonąca w pracy po pachy, nie miałam kiedy usiąść, żeby to wszystko przelać na „papier”. Doba zdecydowanie za krótko trwa, szczególnie latem! Dzisiejsza opowieść być może nie jest najciekawsza na świecie, ale wywarła na mnie wrażenie i chciałabym się nią podzielić. Niespodziewane spotkanie W zeszły piątek wybrałam się na zwyczajny bieg. Nie miałam żadnych wyjątkowych planów. Od kilku treningów praktykuję zwiększanie prędkości z każdym kilometrem i muszę przyznać, że przyjemnie mi się tak biega i zawsze nie mogę się doczekać ostatniego najszybszego odcinka. Jednak tym razem nogi były jak z ołowiu – wcale nie chciało mi się wychodzić z domu. Po…

13 lipca, 2020

Lipcowe zmagania

W letnie gorące dni nie mam tak wielkiej motywacji do biegania jak dotychczas. Ostatnio jakoś ciężko wstaje mi się z samego rana, a gdy wychodzę na bieg o 7 rano jest już tak ciepło, że po kilku krokach przyklejam się do asfaltu. Jednak walczę i staram się chociaż 3 – 4 razy w tygodniu potruchtać. Podbiegi Na początku zeszłego tygodnia jakimś cudem udało mi się wykaraskać spod pieleszy i o 6:30 wyruszyć w stronę najbliższego wzniesienia. Po krótkiej rozgrzewce stawiłam czoła 6 podbiegom po 250 metrów. Miasto powoli budziło się do życia, szum samochodów dźwięczał mi w uszach, a kawki w pobliskim parku skrzeczały, radośnie witając wtorek. Mimo zmęczenia w…

2 lipca, 2020

Pierwsze zawody Fizka

6 października 2019 r. to dla mnie wyjątkowa data. Pamiętam, gdy dzień wcześniej po przejechaniu 330 km i dotarciu do Augustowa wysiadłyśmy z Mają z samochodu i wiatr nam omal głów nie pourywał. Dziarskim krokiem ruszyłyśmy w stronę biura zawodów, aby odebrać pakiety startowe – Maja na augustowską dychę, ja na bieg charytatywny. Biegając, pomagamy W biegu charytatywnym można było przebiec od 1 do 10 km. Za każdy kilometr naliczano 10 zł, które szły na szczytny cel – wsparcie dla instytucji opiekującymi się chorymi dziećmi. Do tej pory mój najdłuższy bieg liczył 7 km (nie trzeba mówić, że w żółwim tempie), jednak byłam przyzwyczajona do krótszych tras. Plan A i…

22 czerwca, 2020

Uciekające rowerzystki

Ostatnio przez pogodę i nadmiar pracy najchętniej leżałabym do góry brzuchem, a już na pewno nie biegała. Tropikalna wilgoć sprawia, że gdy biegnę, czuję jakbym poruszała się jak mucha w smole. Za to rower to zupełnie inna bajka. Na rowerze zawsze wieje orzeźwiający wiaterek i jest jakoś lżej. No chyba że z nieba leje się deszcz. W sobotę (zwykle dzień odpoczynku) miałyśmy wybrać się na casualowe 20 km po okolicy. Jednak po ostatnich dalekich wyprawach czułyśmy jakiś niedosyt – co to jest 20 km?! No dobra, niech będzie 30. A po 30 nadal było jakoś mało i docisnęłyśmy do 40. 40 km ucieczki przed wielkimi, ciężkimi, szybko sunącymi po niebie…

15 czerwca, 2020

Weekend obfitości

Przez cały tydzień z niecierpliwością czekałam na nadejście sobotniego poranka. Po kwadransie z jogą, wypoceniu 90 kalorii na skakance i pysznym truskawkowym śniadaniu wybrałyśmy się z Mają na rowerowy podbój Kampinosu. Obrałyśmy tę samą (najkrótszą) trasę do puszczy co tydzień temu, a potem zatraciłyśmy się całkowicie w różnorodności leśnych ścieżek. Kampinos z perspektywy mieszczucha Moja niebieska miejska kobyła (tym razem z wyregulowanym łańcuchem) radziła sobie całkiem nieźle. Łańcuch szczękał wesoło na wyboistych drogach, słońce spiekało ramiona, ale upał wcale zbytnio nie doskwierał dzięki orzeźwiającym podmuchom wiatru. Dotarłyśmy do góry św. Teresy i tym razem skręciłyśmy na zielony szlak i pognałyśmy, ile sił w nogach prosto do Dębu Powstańców, który już…

12 czerwca, 2020

Z powrotem w biegowych butach

Po kontuzji nie ma już ani śladu. Poszła precz i lepiej niech już nie wraca! Pewnie ciekawi Was, jak się z nią rozprawiłam? Od razu zaznaczę, że nie było to nic poważnego, stopy mi nie urwało i mogłam normalnie funkcjonować (co prawda kuśtykając niczym Kapitan Hak). Mając za sobą już niejeden uraz, wiedziałam, że nie wymaga to wizyty u fizjoterapeuty i spróbowałam samodzielnie stawić czoła bolącej stopie biegacza. Po pierwsze masowanie. Masowałam i masowałam aż palce u rąk były białe i bolały (na masażystę to się nie nadaję). Po drugie ćwiczenia wzmacniające – wspinanie na palce, przywodzenie palców do siebie i odwodzenie (tu sprawdza się taśma do ćwiczeń). Po trzecie…

9 czerwca, 2020

Najdłuższy tydzień świata

Jak wiecie z poprzedniego wpisu przez ostatnie dni musiałam rozstać się z bieganiem z powodu kontuzji. Aby zatrzymać jako taką formę (czyt. móc jeść te wszystkie pyszności i nie ważyć tyle, co słoń), wskoczyłam na rower. Jednak rower to nie to samo co bieganie (wiem, prawdziwe odkrycie Ameryki) i tydzień biegowej posuchy wydawał mi się wiecznością. Powoli wracam do biegowych treningów, bo stopa już całkiem żwawa. Póki co mam za sobą nieśmiałe krótkie dystanse, ale mam nadzieję, że za niedługo uda mi się wybrać na dłuższe wybieganie. Tymczasem podzielę się z Wami moją rowerową przygodą. Rowerowy rekord W niedzielę – święty dzień długiego wybiegania – postanowiłam dosiąść swojego rumaka i…

1 czerwca, 2020

Rowerowa niedziela

Jak na każdego biegacza przystało, nawet takiego amatora jak ja, prędzej czy później na scenę wchodzi kontuzja. Najpierw zakrada się nieśmiało, więc ją olewamy i biegamy dalej, myśląc sobie, że zaraz przejdzie. Potem daje się we znaki coraz bardziej, więc zaciskamy zęby, masujemy, ćwiczymy bolące miejsce i biegamy dalej, aby w końcu pewnego dnia dać jej za wygraną. Boląca stopa zaczęła się od zmiany butów z niższym dropem. Mimo stopniowego wprowadzania nowych butów nie udało mi się uniknąć parszywej kontuzji (ale nie będę Was zanudzać swoimi stopami) i dziś siedzę z zakwasami po rowerze. Jak niedziela to Kampinos Niedziela to mój ulubiony dzień, którego zawsze wyczekuję z niecierpliwością. Dziś wyjątkowo…

25 maja, 2020

Przemierzając Kampinos

Długo wyczekiwana niedziela zapowiadała się deszczowo. Gdy wstałam, za oknem malowało się szare smutne niebo, a termometr wskazywał 8 stopni. Mimo to, przyodziałam krótkie spodenki, spakowałam sobotni wypiek (tym razem drożdżowe bułeczki z masłem) i kawę do plecaka i ruszyłam w stronę Kampinosu. Po dojechaniu na miejsce aż nie chciało się wychodzić z samochodu – jak zimno! Co prawda powietrze cudownie pachniało nocnym deszczem i było niesamowicie rześko, ale wizja zakładania zmoczonego zimną wodą pasa Garmina na równie zimne ciało nie była zbyt przyjemna. Po krótkiej wewnętrznej walce wysiadłam, szybko włożyłam pas, szczękając przy tym zębami na pół puszczy, i zabrałam się do krótkiej rozgrzewki. Nie ma się co oszukiwać,…

20 maja, 2020

Mizuno, czyli w czym Fizek biega

Mizuno, japońska marka, założona w 1906 r. przez braci Mizuno i nieustannie pozostająca w rodzinnych rękach do dziś. Ponoć Haruki Murakami biega wyłącznie w Mizuno i wygląda na to, że ja też. Jednak na samym początku mojej biegowej przygody biegałam w butach do… squasha. Nie byłam pewna, czy bieganie przypadnie mi do gustu, a kupowanie nowych butów, żeby potem zaległy na dnie szafy, wydawało mi się co najmniej bezsensowne. Mizuno Wave Rider  17 Gdy po wielu wzlotach i upadkach, o których pisałam w swoim pierwszym wpisie, w końcu zaprzyjaźniłam się z bieganiem, kupiłam swoje pierwsze buty do biegania. Po spędzeniu w sklepie dla biegaczy długich chwil i przymierzeniu wielu par…